L

Za biuletynem Woli i Bemowa “Nasza Nadzieja” Nr 5 z 1997.05.14.:

KONSTYTUCJA - PROJEKT PARLAMENTARNY

        Przedstawiamy ocenę naszego Ogniwa, opierającą się na studiach zasad ustrojowych i praw gospodarki, jakie rozpoczęliśmy na długo przed ogłoszeniem omawianego projektu. Chcemy odkłamać kilka spraw, i tych rangi ustrojowej, i pospolite oszustwa, które rozpoczyna list tzw. prezydenta, bezczelnie konstytucją nazywającego projekt konstytucji. Po mistrzu obłudy mamy na najwyższym urzędzie mistrza kłamstwa, który kłamie bez zmrużenia oka. Ale jest to budowla na lodzie, która wcześniej lub później pociągnie kłamcę na dno. Szkoda więcej miejsca i prawdziwy początek uczyńmy od Polaków.
        Polska może poszczycić się jedną z najstarszych i najbogatszych tradycji konstytucyjnych na świecie. Sięgają one 1415 r., kiedy Paweł Włodkowic z Brudzenia, rektor Akademii Krakowskiej, na soborze w Konstancji rozwinął pojęcie prawa naturalnego, obalając mit "słusznej zbrodni" dla większego dobra, za jaką uważano nawracanie mieczem przez Krzyżaków oraz wykazując autonomiczność osób i narodów, bez względu na ich zwyczaje i wiarę. Niecały wiek później, w 1505 r. uchwalono konstytucję "Nihil novi" - nic o nas bez nas, nic nowego bez woli parlamentu, który odtąd składał się z trzech stanów: króla, senatu i izby poselskiej. Wreszcie najsłynniejsza Konstytucja 3 Maja, okazała się jutrzenką demokracji europejskiej.
        Jak historia tych trzech praw uczy, tylko te nie były wyłącznie na papierze, które miały za sobą siłę ich autorów. Każde prawo oznacza zdolność do jego obrony i nic więcej. Nie można mieć prawa do czegoś, jeśli nie potrafi go się obronić samemu (lub przy pomocy obcej potęgi, która każe sobie jednak za to zapłacić). Ta oczywista prawda jest ciągle maskowana, aby ludziom pomieszać w głowach prawami zwierząt (kosztem ludzi), prawami kobiet (kosztem mężczyzn), prawami zboczeńców i więźniów (kosztem eksploatowanej przez nich społeczności), lecz powoli przebija sobie drogę nawet w Ameryce (por. Rush Limbaugh, "Właściwy porządek rzeczy", polskie wydanie 1996, str. 70 i inne). I tu dochodzimy do sensu pojęcia prawa naturalnego, czyli prawa przyrody, które możemy poznawać, ale nigdy nie ustanawiać. A więc:
        po pierwsze - Paweł Włodkowic musiał udowodnić światu, że zwycięzcy spod Grunwaldu bronili słusznej sprawy i Niemcy wraz z ochotnikami z innych krajów (ówczesne "NATO") byli agresorami; wydaje się więc jasne, dlaczego dzisiaj, komuniści i UW, reprezentując interesy obcych mocarstw odrzucają prawo naturalne, stwierdzające słuszność obrony naszej tożsamości i niepodległości;
        po drugie - natura nie gwarantuje nikomu życia; wręcz odwrotnie - piramida troficzna (pokarmowa), czyli cały świat żywy opiera się na zjadaniu słabszych przez silniejszych; prawo naturalne to nie prawo do życia samo z siebie, ale prawo do jego obrony; teoretycznie ktoś inny również może nam życie zagwarantować; ażeby przy tym nie utracić wolności, gwarancje te musimy sobie jednak stworzyć sami. A do tego służy państwo - najwyższa forma organizacji społeczeństwa; jeśli ktoś chce nas pozbawić życia lub wolności, uniemożliwia organizację silnego państwa wraz z odrzuceniem prawa naturalnego;
        po trzecie - prawo naturalne nie sprzyja forowaniu zboczeń i innych mniejszości oraz sekt i mód rozkładających morale, a więc zdolność samoobrony społeczeństwa, czyniąc je łatwym łupem nowożytnych kolonizatorów;
        po czwarte - prawo naturalne istnieje obiektywnie, jak grawitacja, i śmieszne są zabiegi parlamentu, aby je zastąpić prawem stanowionym; żaden akt prawny, włącznie z konstytucją, nie wprowadza równowagi sił, ale może być jedynie jej odbiciem; styl parlamentarnego projektu konstytucji wskazywałby, że jego autorzy czują się już bardzo silni, co jest prawdopodobieństwem chwilowym, wytworzonym wyborczą ordynacją proporcjonalną i kupioną propagandą. Jednak nierównowaga sił podtrzymywana kłamstwem owocuje zazwyczaj rewolucją, w której zagarnięte bogactwo oddaje się wraz z życiem; dla ich obrony wzywa się wtedy pomoc ościenną, w 200 lat po Targowicy - Bundeswehrę pod sztandarem NATO, ostatecznie może to być WNP, a najlepiej obie jednocześnie. Swoją drogą jest uderzające, jak w Europie nic nie zmieniło się od 600 lat!

        W naszym rozumieniu najważniejszym zadaniem konstytucji jest czytelne opisanie równowagi sił i zapis procedur demokratycznych. Powtarzamy: konstytucja nie tworzy równowagi społecznej. Natomiast przyjęcie przez Naród projektu parlamentarnego da efekt w pierwszym rzędzie propagandowy, w decydującym stopniu ułatwiający rządzącym wygranie wyborów parlamentarnych, a po wyborach przez całą kadencję uchwalanie najbardziej nieprawdopodobnych praw w zgodzie z konstytucją.
        Jeśli omawiany projekt jest wyobrażeniem jego autorów istniejącego lub planowanego układu sił, skorzystajmy ze sposobności, aby tę ich ocenę, czy też plan poznać.
        Według definicji encyklopedycznej, konstytucja to najwyższa ustawa (czyli ustawa zasadnicza) opisująca ustrój.
        Natomiast ustrój (w większości encyklopedii, szczególnie komunistycznych, opisany w rozbiciu na różne wątki, aby białe nazwać czarnym lub wcale), po oczyszczeniu z szumów informacyjnych to po prostu rozkład własności.
        Dlatego najważniejszymi artykułami konstytucji są artykuły opisujące rozkład własności.
        Dlatego mniej uwagi należy przywiązywać do pozostałych artykułów - są pochodną rozkładu własności (por. "Prawo własności - warunki równowagi społecznej" w "Naszej Nadziei" nr 2).
        Dlatego klasa polityczna, redagująca konstytucję, jeśli chce ukryć niesprawiedliwy rozkład własności, rozbudowuje ilość i wielkość pozostałych artykułów, zaś fragmenty dotyczące własności są opuszczane lub napisane bardzo ogólnie.
Istotnie, na 243 artykuły, w projekcie parlamentarnym poświęcono własności dwa, praktycznie tej samej treści prawnej, zapewne aby sztucznie powiększyć objętość projektu (Art. 21 i 64), oznajmiające, że każdy ma prawo do własności i dziedziczenia.
        Nie znajdziemy tam śladu oceny lub planu, kto ten majątek posiada lub ma posiadać, a tym bardziej czy słusznie, ani kto nie posiada, ponieważ wtedy okazałoby się, że w referendum Naród Polski ma zatwierdzić swoją własną biedę, z której na mocy konstytucji już nigdy nie będzie mógł się podnieść.

        Za tym najtragiczniejszym z oszustw idzie kłamstwo pomocnicze, sprawdzone w Europie. W Art. 2 Polskę określa się jako państwo demokratyczne. Termin dobrze nam się kojarzy - przecież mamy wolność wyborów. Ale godzimy się na rozwarstwienie - 90% biedaków, o losie nie lepszym niż w komuniźmie, i 10 % bogatych. Taki układ należałoby nazwać demokrację oligarchiczną. Ale to nie to samo, co demokracja czyli władza=wola ludu. Czy Polacy, lub jakikolwiek inny naród, mają wolę być biedni? Sprawa jest identyczna jak z demokracją socjalistyczną, której oficjalnym prawem był zakaz posiadania. Odkłamując to słowo widzimy, że w Polsce, jak i większości krajów zachodnich, nie ma już demokracji.

        Jedną z form własności jest dysponowalność, poprzez którą dzięki Armii Czerwonej pławiła się w dostatkach tzw. władza ludowa. Jawną zaś zdradą narodową jest przekazanie dysponowalności całym państwem organizacjom międzynarodowym. Jest to zapis jeszcze wyrazistszy, niż w konstytucji PRL artykuł o wiecznej przyjaźni z ZSRR. Jest to deklaracja rezygnacji z niepodległości. Rozumiemy, że gwarantem dysponowalności, czyli własności państwem polskim przez obcych również nie będzie nasza armia. Tę niewolę mamy zatwierdzić w zgłoszonym przez Hannę Suchocką Artykule 90. Potwierdzeniem podległości obcym jest Art. 91 o pierwszeństwie przepisów organizacji międzynarodowych nad prawem polskim.
        W najważniejszych artykułach pojęcie Naród Polski zastąpione jest słowem Naród lub obywatele (np. Art. 1, 4, 5) Czy to nie dlatego, aby nowi obywatele mogli wymienić dotychczasowych po przejęciu ich własności? Bo przecież przybyszów z Niemiec, Rosji i diaspory żydowskiej nie zawsze będzie można nazwać narodem polskim.
        Konsekwentnie, kolejną "mądrością", pozorującą usankcjonowanie naszych przyzwyczajeń, jest oznajmienie, że Rzeczpospolita jest państwem prawnym (Art.2). Prawnym, a nie prawa. Na oko to samo. Nie zapomniano, aby w debacie dwóch posłów obwieściło, że to jest to samo, a nawet lepiej, gdyż będziemy żyli w państwie rządzonym przez prawo.
        Jakże przykre jest to nieporozumienie. Państwo prawne oznacza tylko tyle, że państwo polskie będzie jednostką administracyjną w Europie, podmiotem prawnym jak przedsiębiorstwo. Może być wręcz czymś w rodzaju takiego przedsiębiorstwa, z którym będzie się robiło interesy. Podobnie, jak euroregion lub strefa bezcłowa. Na pewno to państwo nie ma być państwem narodowym. Na pewno nie najwyższą formą zorganizowania się Narodu, utrzymywaną dla jego potrzeb i celów. Na pewno nie państwem prawa, które gwarantuje obywatelowi realizację jego praw oraz egzekwowanie od przestępców zaniechania szkodliwych działań i naprawę krzywd. Wiele wyjaśnia, że ograniczenie podmiotowości Polski do roli państwa prawnego zaplanowała ekipa T. Mazowieckiego, a podpisał "prezydent" PRL W. Jaruzelski w ustawie z 29 grudnia 1989 r.
        Podobnie tragicznie wygląda forma prawna projektu parlamentarnego i coraz wyraźniej widzimy, że ma ona służyć opisanym wyżej celom. Jego autorzy w całości odrzucili polską tradycję konstytucyjną, przyjmując za podstawę zasady pozytywizmu prawniczego. Sprowadza się on do czystej abstrakcji prawnej. Odrzucone zostają nie tylko wartości chrześcijańskie, ale i wszelkie inne. Pominięta zostaje moralność, bo ograniczałaby prawo, a według tych zasad prawo nie może być niczym skrępowane. Ojczyzna, Naród, też muszą zostać wyeliminowane, bo podporządkowują sobie prawo. W ich miejsce wprowadza się pojęcia takie jak państwo, obywatele, które są pojęciami prawnymi. Prawo stanowi jedyną i absolutną wartość, a służyć ma tylko sobie. Takie zasady są obce cywilizacji łacińskiej, w której żyjemy.
        Zbudowana na takim fundamencie konstytucja przyznaje parlamentowi nieograniczone prawo do stanowienia dowolnych praw, nawet najbardziej absurdalnych czy zwodniczych. Jedynym warunkiem ustanowienia takiego prawa jest poparcie większości parlamentarnej. Parlament może więc np. uchwalić obowiązek chodzenia na rękach, a to, że jest niewykonalny, nie ma tu najmniejszego znaczenia. System rządów oparty na takiej konstytucji można określić jako demokrację absolutną, niczym nie ograniczoną, która nikomu nie musi przynosić korzyści. Taka demokracja jest wartością tylko dla siebie samej. Dowodem tego jest zapis zwalniający posłów od odpowiedzialności wobec wyborców (Art. 104).
        W państwie funkcjonującym według tak sformułowanej konstytucji, obywatel przestanie rozumieć sens istnienia swojego państwa. Może on, często słusznie, postrzegać go jako twór wrogi, przed którym, jak przed zaborcą, należy się bronić, którego działania są nieprzewidywalne, gdyż może ono dowolnie jedne prawa unieważniać, a na ich miejsce wprowadzać zupełnie inne w zależności od zachcianek posłów aktualnie zasiadających w parlamencie.
        W tej sytuacji prawo musi stracić cały swój autorytet, a co za tym idzie, i skuteczność. Ani stanowiący prawo poseł, ani zwykły obywatel, nie będzie widział żadnego powodu do przestrzegania prawa.
        Wyliczmy bez zbytniego komentarza niektóre inne "osiągnięcia" projektu parlamentarnego:
        - proporcjonalna ordynacja wyborcza (Art. 96) - proponowana Polsce, gdy wszystkie liczące się kraje, w tym europejskie, do których mamy dołączyć, posługują się większościową; czego tu więcej: prywatnego interesu utrzymania władzy przez autorów projektu czy dążenia do zahamowania rozwoju Państwa?
        - brak odcięcia się od PRL i ogłoszenia ciągłości prawnej z II Rzeczpospolitą zapewnia zachodnim wierzycielom odzyskanie kredytów od nas, chociaż udzielili ich naszym zaborcom;
        - powołanie Rady Polityki Pieniężnej (Art. 227), obsadzanej przez aktualne władze na 6 lat i ustalającej coroczne założenia polityki pinieżnej, co uniemożliwi przyszłemu rządowi prowadzenie finansów (rządzenie), a jednocześnie zapewni komunistom i osobom związanym z UW powiększanie majątku - Art. 220 p. 2 uniemożliwia pokrywanie deficytu budżetowego poprzez pożyczki z centralnego banku państwa (NBP), co zmusi rząd do pożyczek o większym oprocentowaniu z banków komercyjnych, należących do wymienionej wyżej oligarchii;
        - zwolnienie posłów z obowiązku reprezentowania wyborców (wspomniany Art. 104), na co nie ważyła się nawet konstytucja stalinowska;
        - brak rozdziału władzy ustawodawczej od wykonawczej i sądowniczej, a jedynie wyszczególnienie rodzajów władzy ("podział i równowaga", Art. 10); pomieszanie kompetencji i uprawnień, prowadzące do paraliżu władzy;
        - brak logiki w zasadach współdziałania władz, np. tzw. Rady Gabinetowej, łączącej osoby, ale nie łączącej ich kompetencji (Art. 141);
        - pozbawienie rodziców pełnych praw do wychowania dzieci (Art. 48), z jednoczesnym zwolnieniem z odpowiedzialności za ich wychowanie (wolna miłość i domy dziecka ?);
        - w całym tekście wyłącznie sędziom przyznano prawo do godnych warunków pracy i wynagrodzenia (Art. 178);
        - wiele artykułów sygnalizuje tylko problem, odsyłając do planowanych w Art. 236 ustaw, np. Art. 8, 15, 16, 17, 28, 31 (wolność), 34, 37, 41 (wolność), 42, 48 (prawa rodzicielskie), 49 (wolność), 50 (nienaruszalność mieszkania), 51, 52, 53 itd., itd.; zapis odsyłający do przyszłych ustaw umożliwia odebranie wszystkich praw, które rzekomo poszczególne artykuły projektu zapewniają - wystarczy jedynie odpowiednio zredagować stosowne ustawy;
        - projekt konstytucji niczego nie gwarantuje ani nie broni, a jedynie chroni; niczego nie rozstrzyga, a jedynie zaleca;
        - redakcja wielu artykułów jest niezrozumiała nawet dla prawników, niekiedy pozorując prostotę dla ukrycia prawdziwego celu.
        Czy to pośpiech dyktował takie zapisy? Czy brak kompetencji? W sprawach organizacji życia społecznego projekt parlamentarny jest żenującym tekstem na niskim poziomie merytorycznym, prawnym i intelektualnym. Nie brak jednak przebiegłości w redakcji artykułów decydujących o nie oddaniu Polakom zagrabionych dóbr, o ustroju uniemożliwiającym rozwój Państwa i o jego podległości obcym potęgom.
        Dlatego nasze podsumowanie jest krótkie. Po tym, co tu zobaczyliśmy, nie może być inne. Nie ma tu najmniejszej niejednoznaczności, najmniejszej wątpliwości. Projekt parlamentarny jest projektem zdrady narodowej. Taka konstytucja byłaby wstępem i podstawą do aktu rozbiorowego Polski.

Poprzednia stronaPełny ekran